Nauczanie?
Słowa mędrców są nic nie warte dopóki tego nie poczujesz.
A jak już to poczujesz, to też są nic nie warte, bo już to masz, a tamto to tylko słowa.
Łapię o co chodzi i mówię: OK, macie rację. Ale po co o tym wtedy mówiliście?
Czuję że ci co nauczali ogromnie chybili. Nie powinni tyle mówić. Powinni tylko wskazać drogę, najprostsze kroki, a reszta musi zostać poznana sama. Te wszystkie słowa więcej zaciemniają niż wyjaśniają.
Bawi mnie to – chybili przed i chybili po.
No ale inspiracja też jest cenna. To fakt, bez inspiracji nikt by nie ruszył z miejsca.
Ale jest cenna i prawdziwa tylko dla tych, którzy ją czują w danym momencie. Dla reszty to tylko szum.
Inspiracja nie przychodzi z zewnątrz, ona już jest w kimś, a sam proces inspirowania to tylko wydobycie jej na zewnątrz, taki jakby poród.
Chybili bo duchowości nie da się nauczyć. I nie da się jej przekazać.
To musi się obudzić z wewnątrz.
Ale można ubrać w słowa to co już czujesz, co od dawna “wiesz wewnętrznie” i tu mistrzem jest ten, kto to wyrazi.
Ludzie zawsze starali się uchwycić piękno – np. wierszami, obrazami.
Dzielenie się w momencie gdy chcesz się podzielić, gdy coś dojrzało by się przejawić.
Oświecony może nauczać “czcijcie Krysznę, czcijcie Krysznę” i gościu ma rację.
W pewien przewrotny sposób.
A drugi oświecony powie: ależ nie, absolutnie nie czcijcie, do kosza z tradycjami.
Czy jest ważne co mówi, jeśli to czego naucza nie da się wyrazić słowami?
Bo to i tak się obudzi, i wzrośnie od wewnątrz, i nie musisz w specjalny sposób tego popychać.
Ważniejsze jest żeby nie przeszkadzać. Stworzyć odpowiedni “mikroklimat” i nie przeszkadzać.
Mistrz pomaga tylko stworzyć ten klimat.
Całe duchowe nauki to bablanie, dopóki tego nie poczujesz. Wtedy nabierają sensu.
Ale jak “TO” poczujesz, to natychmiast całe duchowe nauki okazują się bablaniem.
Dlatego mistrzowie mogą bablać na różne sposoby, bawić się tym, uczestniczyć w chwili, uczestniczyć w przedstawieniu.
