Pozwól mi płakać
Pamiętam taką sytuację – jako dziecko płakałem, a moja mama mnie goniła i powtarzała “nie płacz nie płacz”. A ja uciekałem przed nią bo chciałem w spokoju się wypłakać. Z jej strony była presja żebym przestał płakać, bo ona się czuła winna.
I tak jakby sugerowała mi, nie słowami, że mój płacz jest nie w porządku, bo wzbudza w niej poczucie winy. Czyli to ja ją ranię płacząc. A dla mnie to było osobiste. Mi było przykro i chciałem płakać. Nawet nie miałem żalu do niej, tylko taki żal po prostu, to nie było wymierzone przeciw niej, i nie było manipulacją.
Kiedy ktoś mówi “zostaw mnie” to może znaczyć tylko tyle. Dokładnie tyle. Nic więcej. Bez oskarżeń. Bez żalu. Zostaw mnie, bo chcę przez chwilę pobyć sam. Nie obrażam się na ciebie.
Jesteśmy wytresowani do udzielania “pierwszej pomocy”, do rzucania się z nią na innych, do przyduszania nią. Mamy natychmiast podnieść przedmiot, który upadł. Natychmiast wkroczyć i działać. Czy jeśli ktoś ma problem, to ja natychmiast muszę z tym coś robić? I czy mam iść dalej pomimo cudzej odmowy? Często opowieść o problemie jest tylko pretekstem do nawiązania kontaktu. Ta osoba nie chce żeby rozwiązywać jej problem, chce tylko poczucia bliskości. Ale nie wypada prosić o to wprost.
Problem w tym, że w manipulacjach zgubiliśmy szczerość i nie bierzemy już cudzych słów dosłownie. Jeśli ktoś mówi że chce być sam – może po prostu przez chwilę chce być sam i można go zostawić? A może kłamie? Może tylko udaje, że chce być sam, bo nie chce mnie obciążyć swoim zmartwieniem, a naprawdę potrzebuje teraz towarzystwa? Tak też się zdarza. A potem będzie mieć żal, że nie dostał wsparcia, bo ktoś od razu sobie poszedł, zamiast mimo odmowy zostać.
W którymś z pokoi trzaskają drzwi, a za chwilę przychodzi człowiek i usprawiedliwia się: to tylko wiatr. Musi zapewnić, że nie jest na nikogo obrażony, że nie ma wrogości, bo ludzie trzaskają drzwiami żeby wyrazić niezadowolenie. Taki jest kod w jego grupie. Bo słowami boją się to wyrazić, boją się szczerze powiedzieć co czują.
Trudno jest być szczerym, gdy słowa nie znaczą już tego, co znaczą. Kiedy utworzył się kod kłamstw i tabu.
Weźmy sytuację, gdy gospodarz wmawia gościowi jedzenie, a gość kilka razy odmawia. Czy to gospodarz jest nieczuły i napastuje gościa?
Istnieje tradycja, że gospodarz powinien poczęstować swoich gości jedzeniem. Nawet gdy nie chce się dzielić, bo może w tej chwili ma mało pożywienia i ma je tylko dla siebie i chciałby zjeść sobie sam lub ze swoją rodziną. Ale częstuje gościa, bo taka jest powinność, taki jest niepisany kod. Bo niepoczęstowanie byłoby wyrazem wrogości, wykluczenia gościa, okazaniem braku szacunku. A on nie chce okazać gościowi wrogości, nie chce go odrzucić.
Gość wie o tym wszystkim i nie jest pewny czy gospodarz częstuje bo chce, czy dlatego że powinien w imię kodu. Nie chce robić przykrości gospodarzowi utratą jedzenia, ani narażać się na jego żal. Wie, że takie żale się potem gromadzą i psują związki. Dlatego odmawia.
Gospodarz wie, że gość być może chciałby zjeść. Ale rozumie, że gość odmówił, żeby nie obciążać gospodarza obowiązkiem częstowania. Dlatego ponawia propozycję. Ale znów nie wiadomo, czy tym razem propozycja jak i odmowa są szczere. Bo rytuał z biegiem czasu objął również drugą propozycję, a może i następne. I gospodarz który nie nalega wystarczająco, może zostać uznany za złego.
Te rytuały drażnią ludzi, którzy chcieliby, żeby wszystko znów było proste, dosłowne. I gdy zaczynają tak żyć, wchodzą w konflikt z tymi, którzy nadal postępują według rytuału. Bo czują się zranieni, dostając przekaz niezgodny z ustalonym kodem. Sytuacja się komplikuje jeszcze bardziej, gdyż istnieją ludzie, którzy wykorzystują te rytuały żeby celowo ranić innych. Im nie zależy na porozumieniu, zawsze postąpią na przekór i celowo będą naruszać cudze granice. Przed takimi osobami inni wytwarzają sobie warstwy obronne i szczerość znaczy jeszcze mniej. Ludzie chodzą przez świat opancerzeni, nieufni.
Ze szczerością i prawdą można się oswajać, na początek wystarczy w swoim własnym przyjaznym towarzystwie.
