Archiwum kategorii ‘Artykuły’

Uduchowione zombie

2008-05-25

Kiedy widzę moje teksty napisane kilka lat temu, jest mi wstyd. Bo jest w nich za mało mnie, a za dużo cudzych naleciałości. Wciąż mnie męczy ten temat, bo w imię nowego życia zabiłem część siebie. Powód: chciałem się szybko zmienić żeby “coś osiągnąć”.

Etap początkowego “zauroczenia” duchowością jest normalny i nawet potrzebny i wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Problem w tym, żeby nie zostać w tym punkcie zbyt długo i ruszyć w drogę dalej. I żeby nie zamieniać jednego fanatyzmu innym.

Na przykład lubię słuchać muzyki metalowej, ale po “nawróceniu na duchowość” chciałem pozbyć się metalowych nagrań, bo przecież ta muzyka “jest niskowibracyjna” a więc “nieduchowa”. A prawdziwy duchowiak słucha tylko mantr albo usypiającej elektroniki.

Po drodze wyrobiłem w sobie pogardę dla ludzi jedzących mięso, wierzących w coś innego niż ja, myślących i postępujących inaczej i interesujących się “głupotami” tego świata. A jako swój cel deklarowałem “oświecenie” o którym nie miałem (i nadal nie mam, szczerze mówiąc) pojęcia.

Zabawne są posty neofitów na duchowych forach, ich hurra-optymizm i (nad)gorliwość w przyjmowaniu nowej wiary. Również gorliwość w jej szerzeniu.

Do pomocy innym biegną ludzie, którzy sami sobie nie pomogli. I chcą ich okaleczać tak, jak okaleczyli samych siebie. Przyciąć, wyrównać, zapakować.

Zabawne są też rady “ekspertów” z obowiązkowym “światłem i miłością” i znajomością prawdy absolutnej gdy pierwsze co w nich uderza oprócz megalomanii to brak “mądrości serca” (zrozumienia, empatii).

Obie te postawy przerabiałem osobiście. Szybko zabiłem siebie – starą złą osobowość – i wkrzesiłem do życia duchowego – duchową imitację siebie. Tak tworzy się zombie, nowa osobowość, piękna świetlista imitacja. Zombie – żywy trup – jest w środku pusty, ożywia go coś z zewnątrz, a nie posiada własnego życia.

Od czego zacząłęm swój rozwój? Od mówienia nieprawdy. Między innymi. ;) Powtarzałem cudze słowa. Próbowałem interpretować swoje doświadczenia w świetle cudzych teorii, chociaż nie miałem do tego podstaw. I przytakiwałem innym, gdy wypowiadali “oczywiste prawdy”, chociaż nie były one moje własne.

Czasem robiłem to z powodów dyplomatycznych – żeby nie zadzierać z “wiedzącymi” i nie ryzykować męczącej dyskusji o niczym. Wolałem też czasem pozować na wiedzącego żeby nie narażać się na traktowanie z góry.

Tworzy się wtedy konspiracja, jak w bajce o nowych szatach cesarza. Nikt nie wie, ale ze strachu lub przez grzeczność nie zaprzecza i nie zadaje pytań.

Coraz bardziej lubię teksty pisane w pierwszej osobie, opisujące czyjeś osobiste doświadczenia. A coraz mniej lubię “fakty” podawane z pozycji autorytetu i pisane w drugiej osobie kazania.

Przykład kazania: “Ty tworzysz swoją rzeczywistość! Obudź się człowieku. Wykreuj sobie 1000000000!” Przykład osobistej wypowiedzi: “Moje doświadczenia z tworzeniem mojej rzeczywistości wyglądają następująco: w styczniu…”. Ot, drobna różnica.

Moc imitacji

2007-04-01

Jak naśladowanie wygląda w praktyce? Przyszło mi do głowy takie porównanie:

Dzikus widzi kosmonautów w kosmicznych skafandrach. Stwierdza że też chce być kosmonautą, więc robi sobie “skafander” z kartonów i płótna. Przebiera się i mówi wszystkim wokół: “jestem kosmonautą, jestem kosmonautą”. Jednak jego “skafander” jest tylko imitacją – w warunkach kosmicznych jego posiadacz natychmiast by zginął. W takim skafandrze nie jest ważny jego zewnętrzny wygląd, ale funkcjonalność. Wygląd jest czymś dodatkowym, zewnętrznym, jest skutkiem ubocznym.

Samo posiadanie imitacji skafandra nie daje też wiedzy potrzebnej kosmonautom do funkcjonowania w kosmosie. Taka droga do bycia kosmonautą jest bezużyteczna. Chyba że prawdziwy kosmonauta zobaczy takiego dzikusa, doceni jego pragnienie zostania kosmonautą i zaproponuje przejście prawdziwego treningu. Wtedy sztuczny “skafander” trzeba odrzucić i “wrócić na start”. Co w istocie jest postępem, chociaż zewnętrznie wydaje się krokiem w tył.

Podobnie idiotyczne może być próbowanie zewnętrznego naśladowania “osób rozwiniętych duchowo” podczas gdy wewnątrz nie nastąpiły zmiany energetyczne. Ludzie próbowali imitować duchowość przez powtarzanie słów, przebieranie się, naśladowanie cudzego stylu życia, rytuałów i zachowań, np. wyrzeczenie się pieniędzy, jedzenia, seksu, władzy. Takie zewnętrzne akty są naiwnością. Imitowanie zewnętrznych zachowań nie zastąpi przemiany. Imitacja cudzej drogi, nie zastąpi przejścia naszej własnej drogi. Dla każdego jest ona inna.

Akt imitacji może mieć sens, gdy jest symbolem, gdy jest traktowany jak deklaracja intencji, umocnienie siebie w dążeniu do celu. Np. dziecko pragnie zostać kosmonautą, bawi się w bycie kosmonautą, wczuwa w kosmiczne przygody. Bawi się, ale jednocześnie wie, że to zabawa. Wie, że nie jest prawdziwym kosmonautą i że aby nim być trzeba iść do odpowiedniej szkoły, przejść testy, itp. Problem jest wtedy, gdy ktoś naprawdę uwierzy w swoje imitacje. Wtedy robi z siebie pajaca.

Powierzchowne nauki mówią na przykład, że powinniśmy imitować to, czego chcemy, żeby tak się stało. Niezrozumienie praw kreacji doprowadziło niektórych do stanu panicznego udawania. Na przykład strachu, że ich strach się zmaterializuje, albo że gdy zobaczą miejsce, w którym naprawdę są, przykują uwagę do “czegoś niskiego” i nie pójdą dalej.

Świadomość wymaga jasnego widzenia tego, co jest. Załóżmy, że chcę wybrać się z Gdańska do Krakowa. W tym celu muszę dostrzec, że jestem w Gdańsku, dowiedzieć się w jaki sposób mogę łatwo i szybko dotrzeć na miejsce – np. sprawdzić rozkład jazdy pociągów i autobusów, wybrać połączenie, przygotować pieniądze na bilet, itd. Powtarzanie “Jestem w Krakowie, jestem w Krakowie” jest w tym momencie bez sensu. Jestem ciągle w Gdańsku i jeśli tego nie widzę – nigdy nie podejmę właściwych kroków i nie dotrę na miejsce.

Przykład z podróżą wydaje się oczywisty. Ale im bardziej “ezoteryczna” jest nasza kreacja, tym mniej rozsądku. Powtarzanie “jestem oświecony, jestem oświecony” nie uczyni kogoś oświeconym. Wprowadzi jedynie zamieszanie. Tak jak powtarzanie “jestem w Krakowie” nie przeniesie mnie tam w jednej chwili. Aby naprawdę sprawnie dotrzeć na miejsce, muszę jasno widzieć gdzie jestem, w każdym momencie podróży.

Oczywiście samo powtarzanie “kiedyś dotrę do Krakowa” albo “jestem w drodze do Krakowa” bez rzeczywistego wyruszenia w podróż, jest równie bezużyteczne. Nie odpowiada rzeczywistości i wprowadza zamęt. Wyruszając w podróż mogę powiedzieć “jutro o 18 jestem w Krakowie” i czuję że jest to realny plan. To jest prawdziwa afirmacja, gdyż odczuwam jej oczywistość. Bilet został kupiony, jestem w drodze na dworzec, i mam niewzruszoną pewność, że dotrę na miejsce.

Kiedy słowa mają moc? Wtedy kiedy jesteśmy ich pewni, kiedy są dla nas prawdą. Jeśli codziennie o osiemnastej bywam w klubie i powiem “jutro o osiemnastej będę w klubie”, to są to słowa wypowiedziane z mocą. Gdyż towarzyszy im pewność, że tak się stanie. Nawet nie musi ona być wyrażana w słowach.

I to jest pewność, o której nauczał Jezus: “Jeśli tylko będziecie mieć wiarę i nie będziecie powątpiewać, to nie tylko uczynicie, co ja uczyniłem drzewu figowemu, ale też jeśli powiecie tej górze: ‘Podnieś się i rzuć w morze’, stanie się to. I wszystko, o co z wiarą poprosicie w modlitwie, otrzymacie”. Być może Jezus miał taką pewność i byłby w stanie przenieść górę. Gdybym ja miał stanąć teraz przed górą i wypowiedzieć te słowa, to zrobiłbym to z absolutną pewnością, że tak się NIE STANIE.

Mogą zdarzać się cuda, na przykład nieprzewidziane i nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, które nam pomagają. Doświadczyłem ich wiele razy i teraz się ich spodziewam. Wiem, że wszechświat może w niekontrolowany przeze mnie sposób mi pomóc.

Ale jednocześnie wiem, że muszę sam iść do mojego celu. Korzystać z okazji, które się przydarzają, ale działać zgodnie ze swoją obecną wiedzą i stawiać kolejne kroki tak, jak potrafię. Mówi o tym powiedzenie: “Módl się tak jakby wszystko zależało od Boga, ale działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie.” Albo “Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają.”

Zauważyłem, że odzyskuję moc i wolność, gdy przyznaję się do prawdy. Gdy mówię sobie prawdę o sobie, gdy wyczuwam każdy fałsz. Fajnie jest być uczciwym wobec siebie samego, widzieć każde swoje kłamstwo. Widzieć każdy cień iluzji, każdą swoją grę, każdą chęć oszukania siebie lub innych. To naprawdę fajne i wyzwalające.

Kluczem do wolności i mocy jest prawda, nie imitacja.