Kiedy widzę moje teksty napisane kilka lat temu, jest mi wstyd. Bo jest w nich za mało mnie, a za dużo cudzych naleciałości. Wciąż mnie męczy ten temat, bo w imię nowego życia zabiłem część siebie. Powód: chciałem się szybko zmienić żeby “coś osiągnąć”.
Etap początkowego “zauroczenia” duchowością jest normalny i nawet potrzebny i wszystko ma swoje miejsce i swój czas. Problem w tym, żeby nie zostać w tym punkcie zbyt długo i ruszyć w drogę dalej. I żeby nie zamieniać jednego fanatyzmu innym.
Na przykład lubię słuchać muzyki metalowej, ale po “nawróceniu na duchowość” chciałem pozbyć się metalowych nagrań, bo przecież ta muzyka “jest niskowibracyjna” a więc “nieduchowa”. A prawdziwy duchowiak słucha tylko mantr albo usypiającej elektroniki.
Po drodze wyrobiłem w sobie pogardę dla ludzi jedzących mięso, wierzących w coś innego niż ja, myślących i postępujących inaczej i interesujących się “głupotami” tego świata. A jako swój cel deklarowałem “oświecenie” o którym nie miałem (i nadal nie mam, szczerze mówiąc) pojęcia.
Zabawne są posty neofitów na duchowych forach, ich hurra-optymizm i (nad)gorliwość w przyjmowaniu nowej wiary. Również gorliwość w jej szerzeniu.
Do pomocy innym biegną ludzie, którzy sami sobie nie pomogli. I chcą ich okaleczać tak, jak okaleczyli samych siebie. Przyciąć, wyrównać, zapakować.
Zabawne są też rady “ekspertów” z obowiązkowym “światłem i miłością” i znajomością prawdy absolutnej gdy pierwsze co w nich uderza oprócz megalomanii to brak “mądrości serca” (zrozumienia, empatii).
Obie te postawy przerabiałem osobiście. Szybko zabiłem siebie – starą złą osobowość – i wkrzesiłem do życia duchowego – duchową imitację siebie. Tak tworzy się zombie, nowa osobowość, piękna świetlista imitacja. Zombie – żywy trup – jest w środku pusty, ożywia go coś z zewnątrz, a nie posiada własnego życia.
Od czego zacząłęm swój rozwój? Od mówienia nieprawdy. Między innymi. ;) Powtarzałem cudze słowa. Próbowałem interpretować swoje doświadczenia w świetle cudzych teorii, chociaż nie miałem do tego podstaw. I przytakiwałem innym, gdy wypowiadali “oczywiste prawdy”, chociaż nie były one moje własne.
Czasem robiłem to z powodów dyplomatycznych – żeby nie zadzierać z “wiedzącymi” i nie ryzykować męczącej dyskusji o niczym. Wolałem też czasem pozować na wiedzącego żeby nie narażać się na traktowanie z góry.
Tworzy się wtedy konspiracja, jak w bajce o nowych szatach cesarza. Nikt nie wie, ale ze strachu lub przez grzeczność nie zaprzecza i nie zadaje pytań.
Coraz bardziej lubię teksty pisane w pierwszej osobie, opisujące czyjeś osobiste doświadczenia. A coraz mniej lubię “fakty” podawane z pozycji autorytetu i pisane w drugiej osobie kazania.
Przykład kazania: “Ty tworzysz swoją rzeczywistość! Obudź się człowieku. Wykreuj sobie 1000000000!” Przykład osobistej wypowiedzi: “Moje doświadczenia z tworzeniem mojej rzeczywistości wyglądają następująco: w styczniu…”. Ot, drobna różnica.